
Nie jestem fanem oficjalnych plebiscytów typu “słowo roku”, bo zwykle wybierają coś, co brzmi poprawnie politycznie albo mało kto tego słowa faktycznie używa. A prawdziwy język żyje tam, gdzie toczy się codzienna rozmowa, scrollowanie mediów społecznościowych i wymiana refleksji w firmowych czatach. Mój ranking słowa roku to trochę ironiczny przegląd płytkich trendów językowych, które od paru lat towarzyszą wszędzie. W tekstach marketingowych, w postach influencerów, w rozmowach o niczym i o wszystkim. To słowa, które mnie irytują i budzą zastanowienie, dlaczego zyskały taką popularność.
Słowo 1: “Game changer“. Słowo, które niczego nie zmienia
Pierwsze miejsce w moim osobistym rankingu zajmuje niekwestionowany lider clickbaitowości: “game changer”. Używane z taką częstotliwością, że przestało coś znaczyć. Kiedyś było zarezerwowane dla pomysłów, które naprawdę zmieniały zasady gry. Dziś “game changerem” bywa nowa funkcja w aplikacji do robienia list zakupów albo kubek z uchwytem w innym kształcie. Ironia polega na tym, że słowo, które miało oznaczać rewolucję, samo padło ofiarą inflacji znaczenia. W marketingu używa się go jak cukru w taniej kawie. Dużo, szybko i bez zastanowienia. Brzmi spektakularnie, ale zostawia posmak sztuczności. Czasem marzy mi się, żebyśmy wszyscy zrobili sobie od niego przerwę i pozwolili znów nabrać mocy tam, gdzie naprawdę trzeba mówić o zmianie.
Słowo 2: “POV“. Przecież wszystko jest czyimś punktem widzenia
Drugie miejsce w moim prywatnym rankingu failowego słowa roku zajmuje “POV”. Na TikToku i Reelsach funkcjonuje już jak używany przez wszystkich szablon posta. Ludzie dopisują je do filmików tak, jakby samo jego istnienie gwarantowało głębię. Problem w tym, że nie każdy “punkt widzenia” (bo POV tłumaczą tym, że ma to być traktowane jako punkt widzenia) czegoś potrzebuje, czasem wystarczy dobra historia albo autentyczna emocja. Widać jednak, że forma króluje nad treścią. POV stało się symbolem potrzeby bycia ważnym w swojej narracji, w świecie, w którym każdy chce być bohaterem własnego klipu. Ciekawie obserwować, jak ta krótka zbitka liter zmieniła sposób opowiadania o codzienności, choć jej przesyt jest już trudny do zniesienia. Milion “POV: ty patrzysz, jak robię kawę” później, tęsknię za czasami, gdy ludzie po prostu… robili kawę.
Słowo 3: “Przestrzeń”. Nadużywane słowo, które rozlało się na wszystko
Jeśli miałbym wybrać najbardziej nadużywane słowo roku, pewnie postawiłbym na “przestrzeń”. To słowo w ostatnich miesiącach wyrosło na uniwersalny zamiennik wszystkiego, co kiedyś miało własne określenie. Już nie mówi się miejsce pracy, tylko przestrzeń zawodowa. Nie mamy między sobą dystansu, tylko przestrzeń emocjonalną. Czasami ktoś “wchodzi w przestrzeń rozmowy” zamiast po prostu ją zacząć. Chcesz zapytać, czy ktoś znajdzie dla Ciebie trochę czasu? Pytasz, czy znajdzie przestrzeń dla Ciebie. Mam wrażenie, że “przestrzeń” stała się swojego rodzaju językowym balsamem. Łagodzi zdania, dodaje im pozoru powagi i elastyczności. A przecież nie każda sytuacja wymaga metafory kosmosu. Może właśnie przez jej popularność zaczynamy tęsknić za zwykłością, za słowami pospolitymi, które nie udają czegoś więcej.
Słowo 4: “I tak dalej”. Symbol językowego lenistwa
Nie da się nie wspomnieć o moim ulubionym antybohaterze: “i tak dalej”. Słowo-niedokończenie, słowo-przerywnik, które często mówi więcej o rozmówcy niż o temacie. Ile razy słyszałem zdania kończące się tym magicznym skrótem: “mieliśmy spotkanie, rozmowy, planowanie i tak dalej”. To jak machnięcie ręką w tekście. Nie trzeba kończyć myśli, wystarczy zostawić czytelnika z domysłem. W czasach szybkiego tempa i skrótowych komunikatów rozumiem potrzebę skracania, ale “i tak dalej” brzmi jak poddanie się. Językowo to ucieczka. Takie zakończenia stosują głównie osoby, które spłycają rozmowy i nie radzą sobie z precyzyjnym wyrażaniem myśli.
Słowo 5: “Tylko i wyłącznie” oraz “dzień dzisiejszy”. Najbardziej wkurzające pleonazmy
Zestawienie nie byłoby pełne bez dwóch wyrażeń, które od lat trzymają się w mowie biurowej i medialnej: “tylko i wyłącznie” oraz “dzień dzisiejszy”. Niby poprawne, niby eleganckie, ale brzmią jak relikt z czasów, gdy każdy chciał mówić poważnie jak “woda wodnista”. “Dzień dzisiejszy” to przecież zwykłe dziś, a jednak brzmi bardziej urzędowo, z udającą powagą, jakby miało większy ciężar. Używając go, wpadamy w ton państwowej konferencji prasowej, nawet jeśli mówimy o zakupach dla chomika. “Tylko i wyłącznie” jestem w stanie wybaczyć ludziom w emocjach. Bo wtedy chcą coś podkreślić. Ale w tekście to zbyteczny ozdobnik, pudrowanie oczywistości. Jeśli coś jest tylko, to już nie trzeba dodawać “wyłącznie”. Warto polubić prostotę. Ona ma swój rytm, który brzmi wiarygodniej niż nadmiar słów.
Słowo 6: “Generować”. Sztucznie i mechanicznie
W dobie sztucznej inteligencji wszystko zaczęło się generować. Pomysły, obrazy, treści, a ostatnio nawet reakcje ludzi. To jedno z tych słów, które rozlały się poza obszar technologii i zaczęły brzmieć jak wszechobecny automat. Kiedy słyszę, że ktoś “generuje relacje”, mam wrażenie, że mówi o fabryce uczuć. Zrozumiałe, że język się zmienia, ale ciekawe, jak szybko przechodzimy od precyzji do kalki. Słowo “tworzyć” miało w sobie ciepło i intencję. “Generować” jest zimne, maszynowe, odarte z gestu. A jednak tu jesteśmy. Piszemy, analizujemy, generujemy teksty o słowach, które same w sobie stają się znakiem czasu. To chyba paradoks naszych czasów: nazywamy rzeczy coraz precyzyjniej, ale czujemy je coraz słabiej.
Słowo 7: “X”. Litera zastępująca interpunkcję
Na finał zostawiłem coś wizualnego. Nie chodzi mi o medium społecznościowe iksdawniejtłiter. Chodzi o literę “x”, która na dobre zadomowiła się w języku marek. Już nie ma współpracy, tylko “brand x brand”, “artysta x producent”, “twórca x marka”. To szybkie, efektowne i niezaprzeczalnie modne. Ale zrozumienie spadło. Symbol, który miał łączyć, paradoksalnie oddziela, bo wygląda jak znak matematyczny między dwiema zmiennymi, a nie jak opowieść o wspólnym działaniu. Być może to idealna metafora epoki. Mniej rozmowy, więcej skrótów. W świecie, w którym zredukowaliśmy język do symboli i kodów, “x” stało się błyskotką, odpowiednikiem uśmiechu bez emocji. Ładne, wygodne, ale puste. I może właśnie dlatego zasługuje na swoje miejsce w rankingu failowego słowa roku, bo pokazuje, jak bardzo zmienił się sposób, w jaki chcemy być rozumiani. A przecież cały czas istnieją przecinki, plusy, czy chociażby przeznaczony do tego znak “&”.
Ranking płytkiego słowa roku. Refleksja na koniec
Zamykając ten osobisty ranking, mam wrażenie, że każde z tych słów jest jak małe lustro naszych czasów. Pełne pośpiechu, autoprezentacji i językowych skrótów, które mają sprawić wrażenie głębi, a w praktyce ją spłycają. Coraz częściej zastępujemy znaczenie dźwiękiem, sens efektem wizualnym, a rozmowę reakcją emoji. Może właśnie dlatego warto przypominać sobie, że język to nie jedynie sposób komunikacji, ale też odbicie tego, jak myślimy o świecie i o sobie nawzajem. A słowo roku? Dla mnie to zawsze takie, które potrafi zatrzymać na chwilę. Nie przez modę, ale przez prawdę, którą potrafi w sobie unieść.
Mój blog otrzymuje się dzięki wsparciu czytelników. Będę wdzięczny, jeśli postawisz mi wirtualną kawę💚
Pasjonat pozytywnego stylu życia. Prowadzę bloga od 2012 roku dzieląc się wiedzą i spostrzeżeniami. Ekspercko recenzuję rzeczy i miejsca warte uwagi, które zmieniają życie na lepsze. Poza blogowaniem napisałem kilka e-booków oraz publikacje w prasie drukowanej. Moje treści cytowane są przez duże media, w tym telewizję i portale.