Jestem osobą bezpośrednią. Mówię rzeczy wprost, bez zbędnego owijania. Przez długi czas uważałem to za jedną z moich najmocniejszych cech. Coś, co pozwala szybciej dochodzić do sedna, unikać strat i budować uczciwe relacje.
Z czasem jednak zauważyłem, że ta sama cecha, która w mojej głowie była zaletą, dla innych bywa trudna do zaakceptowania. To nie dlatego, że mówię nieprawdę. Właśnie dlatego, że mówię prawdę. Paradoksalne, prawda? Tylko mówię to w sposób, który nie zawsze jest dla innych wygodny.
I to jest moment, w którym zaczyna się zgrzyt.
Szczerość w teorii kontra szczerość w praktyce
Większość ludzi deklaruje, że ceni szczerość. To dobrze brzmi, dobrze wygląda i pasuje do obrazu dojrzałej komunikacji. Problem pojawia się wtedy, gdy szczerość przestaje być neutralna, a zaczyna być konkretna i dotyka czyichś decyzji, planów albo ambicji.
W pracy wielokrotnie trafiam na sytuacje, w których ktoś proponuje projekt na próbę. Ja patrzę na dane, wcześniejsze case’y i widzę schemat, który już znam. I wtedy mówię:
To raczej nie zadziała.
Nie mówię tego, żeby komuś coś udowodnić. Mówię to, bo widziałem już podobne przypadki i na 99% wiem, jak się kończą.
Tyle że po drugiej stronie często nie ma miejsca na taką odpowiedź. Bo ktoś ma target sprzedażowy. Bo ktoś chce spróbować mimo wszystko. Bo ktoś już mentalnie policzył prowizję. I ja to rozumiem.
W tym momencie szczerość przestaje być wartością, a staje się problemem.
Bezpośredniość jako koszt w relacjach zawodowych
Z perspektywy organizacji moja postawa powinna mieć sens. Ograniczam ryzyko, filtruję słabe pomysły, chronię zasoby. Z perspektywy zespołu bywa różnie.
Część osób odbiera to jako blokowanie inicjatyw. Inni jako chłodny realizm, który psuje entuzjazm. Jeszcze inni jako brak wiary w pomysły innych ludzi.
I tu pojawia się pierwsza niewygodna refleksja: być może nie chodzi tylko o to, co mówię, ale jak to robię.
Bo nawet jeśli mam rację merytorycznie, to forma przekazu może sprawiać, że druga strona czuje się podważona, zignorowana albo zwyczajnie zgaszona. A wtedy rozmowa przestaje być o projekcie, a zaczyna być o emocjach.
Bezpośrednia szczerość w relacjach prywatnych
Podobny schemat pojawia się w życiu prywatnym. Nie przeciągam znajomości, które nie mają dla mnie sensu. Nie udaję zainteresowania, jeśli go nie czuję. Jeśli coś mi nie pasuje, mówię to, często wprost i bez większego łagodzenia. Z jednej strony to uczciwe. Nie tracę czasu swojego ani drugiej osoby. Nie tworzę złudzeń, które później trzeba burzyć.
Podam wczorajszy przykład. Rozmowa z koleżanką, z którą nie widziałem się prawie rok. Ma przyjechać do mnie na weekend. Plan był taki, że przenocuje u mnie z piątku na sobotę. Zadała pytanie, czy można to spotkanie przedłużyć o jeszcze jeden dzień (czyli piątek, sobota, niedziela). Tu uruchomiła się moja bezpośrednia szczerość i od razu odpisałem:
Nie wiem. Nie umiem tak długo z ludźmi przebywać w jednym czasie.
Czy to było nieuprzejme? Absolutnie nie. Lubimy się, ale lubię też stawiać sprawy jasno i nie tłumaczyć się z tego.
Z drugiej strony nie każda relacja potrzebuje natychmiastowej, brutalnej klarowności. Czasem ludzie potrzebują czasu, kontekstu albo bardziej miękkiego lądowania. I tu pojawia się druga niewygodna myśl: czy moja szczerość zawsze służy drugiej stronie, czy czasem bardziej mnie? Bo powiedzenie czegoś wprost jest szybkie i wygodne. Nie wymaga zastanawiania się nad formą, emocjami, konsekwencjami. To komunikacyjny skrót. Tylko że skróty nie zawsze prowadzą w dobre miejsce.
Cienka granica między szczerością a wygodą
Zacząłem się zastanawiać, czy każda bezpośrednia wypowiedź faktycznie wynika z odwagi i uczciwości, czy czasem z braku cierpliwości. Bo żeby powiedzieć coś w sposób wyważony, trzeba włożyć więcej wysiłku. Trzeba uwzględnić drugą osobę, jej perspektywę, moment, w którym się znajduje. Bezpośredniość często omija ten etap. I to jest chyba najtrudniejsze do przyjęcia: że coś, co uważałem za swoją zaletę, w pewnych sytuacjach może być po prostu uproszczeniem. Albo nawet formą komunikacyjnego lenistwa.
Operacja się nie powiedzie. Mówię szczerze, że pacjent umrze
Czasem myślę o tym w bardziej skrajnym kontekście. Gdybym był ordynatorem szpitala i rodzina pacjenta zapytała mnie o szanse przeżycia skomplikowanego zabiegu, nie potrafiłbym uciec w ogólniki ani ostrożny optymizm. Powiedziałbym wprost:
Szanse są niskie, trzeba się liczyć z najgorszym.
Wiem, że dla wielu osób taka odpowiedź byłaby zbyt brutalna, może wręcz nie do przyjęcia. Tylko czy w takiej sytuacji rolą lekarza jest chronić emocje, czy przygotować na rzeczywistość? Z drugiej strony to też jest moment, w którym zaczynam się wahać. Bo może nie chodzi tylko o przekazanie faktów, ale o sposób, w jaki człowiek jest w stanie je unieść. I może właśnie tutaj najłatwiej przekroczyć cienką granicę między uczciwością a brakiem wyczucia.
Czy można być za bardzo szczerym?
Myślę, że tak.
Nie w sensie samej treści, ale sposobu jej podania. Szczerość bez kontekstu może być odbierana jako chłód. Szczerość bez wyczucia – jako atak. Szczerość bez relacji – jako brak szacunku.
To nie znaczy, że rozwiązaniem jest udawanie albo mówienie półprawd. Bardziej chodzi o proporcje. Bo między “mówię wszystko wprost” a “nie mówię nic, żeby nikogo nie urazić” jest sporo przestrzeni.
I być może właśnie tam dzieją się najlepsze rozmowy.
Co zostaje na końcu
Mimo tych wszystkich wątpliwości nie zamierzam rezygnować z bezpośredniości. To nadal jest fundament mojego podejścia do komunikacji. Ale coraz częściej widzę, że sama szczerość to za mało. Liczy się też moment, forma i intencja. To, czy druga strona jest gotowa to usłyszeć. I czy ja jestem gotowy powiedzieć to w sposób, który coś buduje, a nie tylko zamyka temat.
Bo łatwo jest powiedzieć: “to nie ma sensu”.
Trudniej powiedzieć: “to nie ma sensu i zobaczmy razem, co może mieć”.
Mój blog otrzymuje się dzięki wsparciu czytelników. Będę wdzięczny, jeśli postawisz mi wirtualną kawę💚
Pasjonat pozytywnego stylu życia. Prowadzę bloga od 2012 roku dzieląc się wiedzą i spostrzeżeniami. Ekspercko recenzuję rzeczy i miejsca warte uwagi, które zmieniają życie na lepsze. Poza blogowaniem napisałem kilka e-booków oraz publikacje w prasie drukowanej. Moje treści cytowane są przez duże media, w tym telewizję i portale.
