“Tajne godziny” to ten typ szpiegowskiej historii, przy której nagle orientujesz się, że od dobrych paru rozdziałów oddychasz płycej, a w głowie mielisz jedno pytanie: komu tu w ogóle da się zaufać.
Komisja zamiatająca niewygodne sprawy
Na papierze wszystko wygląda porządnie. Jest komisja Monochrome, urzędnicza miotła do wywlekania brudów brytyjskich służb specjalnych. Griselda Fleet i Malcolm Kyle dostają dostęp do archiwów i teoretycznie mogą zaglądać w każdy zakurzony segregator. W praktyce na każdym kroku ktoś podcina im nogi, blokuje wnioski, gubi dokumenty, a atmosfera w ministerialnych korytarzach przypomina duszny open space, w którym wszyscy udają, że nie widzą słonia pośrodku pokoju.
I nagle wypływa teczka z napisem OTIS. Niepozorny grzbiet, zwykła okładka, ale już po kilku stronach wiesz, że ta teczka jest jak granat rzucony prosto w środek wywiadowczej rodziny. W tym momencie lektura zmienia się z interesującej komisji śledczej w coś dużo bardziej osobistego i niebezpiecznego.
Berlin po zjednoczeniu
Herron przerzuca nas z londyńskich gabinetów do Berlina tuż po zjednoczeniu i robi to z taką swobodą, jakby przełączał stacje radiowe, a nie całe dekady. Chłodne ulice, popękane mury, stara paranoja i nowe interesy, które wcale nie są czystsze od tych z czasów muru. W tych berlińskich fragmentach czułem się jak trzeci agent w pokoju, który siedzi cicho w rogu. Niby nie istnieje, a jednak widzi zdecydowanie za dużo.
To, co wydarzyło się podczas jednej misji w Niemczech, staje się osią całej opowieści. Każde przesunięcie akcji z powrotem do współczesnego Londynu sprawiało, że miałem ochotę przewrócić jeszcze jedną stronę tylko po to, żeby znowu wrócić do tamtego Berlina i wreszcie poskładać sobie tę układankę. Herron bawi się czasem, ale nie dla formalnych fajerwerków. Robi to po to, żeby pokazać jak jeden niepozorny wybór sprzed lat potrafi zatruć całe pokolenie urzędników, agentów, polityków.
Ludzie zanurzeni w machinie
Na poziomie fabuły dostajemy szpiegów, urzędasów, polityków, ich ambitnych asystentów, zmęczonych wyrobników, wypalonych idealistów. Ale prawdziwa frajda zaczyna się wtedy, kiedy Herron daje im mówić. Jego dialogi są jak wymiana ognia: niby grzeczne, szeptane w salce konferencyjnej, ale każde zdanie ma w sobie ładunek złośliwości, ironii i strachu.
Czułem w tym wszystkim lekką sadystyczną przyjemność autora. Wystawia bohaterów w sytuacje, w których nie ma dobrych decyzji. Z jednej strony lojalność wobec służby, z drugiej lojalność wobec ludzi, którzy kiedyś ratowali im skórę. W ich codziennych, biurkowych rytuałach jest więcej napięcia niż w niejednej kinowej strzelaninie. W efekcie mniej interesowało mnie kto kogo przechytrzy, a bardziej jak ci ludzie będą ze sobą żyć, kiedy już kurz opadnie.
Godziny bez świadków
Jedno zdanie z opisu tej książki trafia jak szpilka. Za dnia wszyscy wykonują swoje obowiązki. Dopiero to, co robią w tajnych godzinach, pokazuje, kim są naprawdę. Czytając, łapałem się na tym, że bardziej przyglądam się temu, jak postaci reagują w małych momentach niż wielkim zwrotom akcji. Kto odruchowo sięga po telefon, kiedy widzi pewne nazwisko w dokumentach. Kto nagle milknie w środku zdania. Kto zaczyna mówić za dużo.
Te “tajne godziny” bywają brutalne. Służby, które miały chronić państwo, przypominają czasem zwierzę, które pożera własny ogon, bo dawno zgubiło sens swojej misji. Decydenci boją się prawdy nie dlatego, że jest szokująca, lecz dlatego, że mogłaby podważyć ich wygodnie poukładaną wersję historii. Ten lęk przed rozliczeniem jest tutaj bardziej duszący niż jakiekolwiek fizyczne zagrożenie.
Herron między ironią a elegią
Jeśli znasz serial “Kulawe konie”, odnajdziesz tu znajome DNA: szyderczy humor, dźwięk zgrzytających trybów w państwowej machinie, bezlitosne spojrzenie na brytyjską politykę. “Tajne godziny” trudno Ci będzie zaklasyfikować jedynie jako zabawny pamflet na służby specjalne. Pod ironią słychać ton elegii. Za światem, w którym pewne rzeczy były może mniej przejrzyste, ale przynajmniej ktoś jeszcze wierzył, że gra toczy się o coś ważniejszego niż słupki poparcia.
Krytycy porównują Herrona do le Carré i Fleminga, ale mnie najbardziej uderzyło coś innego: jak bardzo współczesny jest ten szpiegowski pejzaż. Zero egzotycznej egzaltacji. Tylko ciasne biura, niewygodne prawdy, politycy, dla których prawda jest po prostu jednym z wielu możliwych komunikatów. W takim świecie nawet ci, którzy jeszcze próbują działać przyzwoicie, budzą mieszane uczucia, bo każde ich zwycięstwo jest naznaczone czyjąś przegraną.
Wejście w archiwa szpiegów
Nie będę udawał, że “Tajne godziny” są lekturą do czytania w międzyczasie między zajęciami. Herron daje gęstą prozę, wielu bohaterów, przeskoki w czasie, konkretną dawkę politycznego i biurowego żargonu. Pierwsze rozdziały mogą wydawać się wolniejsze, ale jeśli lubisz szpiegowskie historie, w których liczy się napięcie między ludźmi, a nie gadżety i pościgi, będziesz tu jak u siebie.
Dla mnie to była jedna z tych książek, przy których zamiast “czy mi się podoba” zacząłem się zastanawiać: “jak ja bym się zachował na miejscu tych ludzi”. To zawsze dobry znak. Jeśli masz ochotę na thriller szpiegowski, który bawi się formą, grzebie w zakurzonych aktach, a przy okazji zadaje bardzo współczesne pytania o pamięć, lojalność i polityczne wygumkowywanie niewygodnych faktów, “Tajne godziny” są dokładnie tym, w co warto wejść po uszy.
Wydawca: Wydawnictwo Insignis.
Polska premiera książki: 22 kwietnia 2026.
Mój blog otrzymuje się dzięki wsparciu czytelników. Będę wdzięczny, jeśli postawisz mi wirtualną kawę💚
Pasjonat pozytywnego stylu życia. Prowadzę bloga od 2012 roku dzieląc się wiedzą i spostrzeżeniami. Ekspercko recenzuję rzeczy i miejsca warte uwagi, które zmieniają życie na lepsze. Poza blogowaniem napisałem kilka e-booków oraz publikacje w prasie drukowanej. Moje treści cytowane są przez duże media, w tym telewizję i portale.
