Proces o czary na skutej lodem wyspie. “Wiedźmy z Vardø”. Premierowa recenzja

Recenzja książki Wiedźmy z Vardø

To opowieść, która wciąga jak sztorm nad Morzem Barents i nie pozwala udawać, że procesy o czary były tylko ciekawostką z lekcji historii. “Wiedźmy z Vardø” to historyczna fikcja tak gęsta od emocji, że trudno ją od siebie odsunąć, nawet gdy opisów przemocy ma się już dość.

Arktyczna wyspa pod królewskim ciężarem

Norwegia, rok 1662. Vardø, wyspa tak odległa, jakby ktoś odciął ją od reszty świata nożem lodu i zostawił na łasce wiatru oraz ludzi przekonanych, że kobieca niezależność jest zaproszeniem dla diabła. W ciągu kilku zimowych miesięcy dwadzieścia kobiet zostało uwięzionych i zamordowanych w wyniku oskarżeń o czary, osiemnaście spalono, dwie zamęczono torturami. To dane z historycznych zapisów, a Bergman zamienia je w materiał na powieść o bardzo konkretnym bólu.

Nie dostajemy “klimatycznej” baśni o wiedźmach w mgle nad fiordem. Arktyczne zimno staje się tu osobnym bohaterem, realnym jak więzienne mury, stosy drewna i wiara, że każde kobiece “nie” zasługuje na ogień. Z każdą kolejną stroną czuć, że miejsce i czas nie są tylko tłem, ale siłą dociskającą bohaterki do ziemi.

Kobiety poza ramą świata

W centrum tej historii stoją kobiety niepasujące do ciasnych ram, w które lokalna społeczność próbuje je wcisnąć. Anna Rhodius jest byłą kochanką króla Danii, zesłaną na mroźną północ po tym, jak jej obecność przy dworze przestała być wygodna. Ma za sobą życie w przepychu, doskonale zna mechanikę władzy, a nagle ktoś mówi jej, że od teraz będzie więźniem. Jej jedyna szansa na łaskę to wyciąganie zeznań z kobiet oskarżonych o czary. To kompromis, który od pierwszych stron budzi dyskomfort, bo widać, jak system zmusza ją do stania jednocześnie po dwóch stronach kraty.

Obok Anny pojawia się Ingeborg, zwinna dziewczyna ze skalistych klifów, córka kobiety oskarżonej o czary. Jej codzienność to balansowanie na granicy głodu, plotek i nadziei, że imię matki nie położy się na niej jak cień stosu. Jest też Maren, wysoka, dzika, z ambrowymi oczami, córka skazanej wiedźmy i pirata z Afryki Północnej. Związana z samijską społecznością, jedyną grupą, która nie boi się jej odmienności.

Największą siłą Bergman jest to, że pozwala tym kobietom być trudnymi. Anna bywa egoistyczna i skupiona na własnej skórze, ale każdy jej wybór jest wykrzywiony przez sytuację, w której tkwi. Ingeborg nie ma luksusu, żeby być konsekwentna w przekonaniach, bo każdy błąd może skończyć się oskarżeniem. Maren niesie na barkach ciężar bycia “inną” w miejscu, gdzie strach najłatwiej ubiera się w słowo “wiedźma”. Dzięki temu nie czyta się tu o figurkach symbolizujących kobiecą siłę, tylko o ludziach z krwi i kości.

Procesy o czary widziane z bliska

Autorka zanurza powieść w faktach tak głęboko, że momentami bardziej niż fabułę czuć archiwalne zapisy. Sięga po autentyczne zeznania z procesów, przetwarza je w literacką tkankę i obnaża mechanizm oskarżeń. Wystarczy tania plotka o tańcu na śniegu, zbyt pewny krok dziewczyny, piorun uderzający w statek, trudny poród, romans z żonatym mężczyzną. Każdy drobiazg może stać się dowodem na to, że diabeł trzyma się danego domu szczególnie mocno.

Opisów okrucieństwa nie da się tu zignorować. Tortury, gwałty, samobójstwa, śmierć w więzieniu, poronienia, brutalne przesłuchania, z których nie ma wyjścia. Lista ciężkich motywów jest długa i czytelnik nie dostaje żadnego ochronnego filtra. Wrażenie jest takie, jakby Bergman chciała jasno pokazać, że skoro historia nie chroniła tych kobiet, literatura też nie będzie udawać, że da się o tym opowiedzieć wygładzonym językiem.

Nie ma tu moralizatorskiego tonu dzisiejszego wykładu. Zamiast tego jest uparte, uważne przyglądanie się temu, jak łatwo religia i państwo łączą siły, żeby zrobić z ciała kobiety dowód zbrodni, a z jej słów materiał na akt oskarżenia. To patrzenie bez odwracania wzroku od detali, które zwykle giną gdzieś między datami a nazwiskami.

Magia zrodzona ze wspólnoty

Jedną z największych zalet tej powieści jest sposób łączenia realnych procesów z warstwą magiczno realistyczną i nordyckim folklorem. Z jednej strony mamy dokumenty, daty, nazwiska oraz bardzo przyziemne motywacje oskarżycieli. Z drugiej strony obrazy natury, które nie potrzebują czarów, żeby wyglądać jak coś nieludzkiego. Zorze tańczące nad lodem, sztormy urywające dachy, śnieg, który potrafi zabić równie skutecznie jak ogień.

Magia w “Wiedźmach z Vardø” często rodzi się pomiędzy kobietami. Nie z rytuałów, tylko z gestów opieki, spojrzeń w celi, szeptów w ciemności. Każde wsparcie jest aktem buntu wobec systemu opartego na rozbijaniu więzi. Samijska obecność na wyspie dodaje kolejny wymiar. To inna wiara, inne opowieści, inny sposób patrzenia na świat. W oczach władzy wygląda to jak zagrożenie, dla kobiet może stać się schronieniem, nawet jeśli chwilowym.

Bergman nie zamienia Vardø w baśń. Każda bardziej magiczna scena wyrasta z realnej potrzeby nadania sensu cierpieniu, znalezienia choćby odrobiny sprawczości. Magia w tej książce działa jak inny język opowiadania o przemocy i bezsilności. Tam gdzie suche paragrafy przestają coś wyjaśniać.

Świat utkany z lodu i słów

Od strony języka i konstrukcji widać, że ta książka została bardzo starannie zaplanowana. Podział na pięć części nadaje jej rytm kroniki, ale takiej, gdzie każdy rozdział kończy się haczykiem, który każe czytać dalej. Wielogłosowa narracja pozwala zobaczyć tę samą przemoc z kilku perspektyw. Głos królewskiej kochanki, głosy więźniarek, głosy mieszkanek wyspy. Dzięki temu trudno tu mówić o jednej historii, raczej o całości utkanej z wielu pękniętych życiorysów.

Świat przedstawiony budowany jest skrupulatnie. Czuć długie przygotowanie, wczytywanie się w źródła, topografię północnej Norwegii, lokalne wierzenia. Opisy krajobrazu nie są dekoracją. Kiedy czyta się o wspinaniu się po klifach po ptasie jaja, o śniegu wciskającym się przez każdą szparę, o więziennym dziedzińcu z dziurą dla wiedźm, widać, że to nie jest tło, tylko mechanizm nacisku.

Tempo bywa nierówne, ale sensowne. Są fragmenty bardziej statyczne, skupione na rozmowach, polityce, codzienności w więzieniu. Dla kogoś nastawionego wyłącznie na akcję mogą być mozolne. Jednak właśnie tam widać najlepiej, jak drobnymi ruchami, przez lata, dochodzi się do sytuacji, w której stos wydaje się części osób logicznym rozwiązaniem.

Ostatnie strony i ich ciężar

“Wiedźmy z Vardø” zostawiają czytelnika z bardzo wyraźnym obrazem tego, jak wyglądała codzienność kobiet wciągniętych w polowania na czarownice. Po zamknięciu książki wracają przede wszystkim kobiece postaci, które nie dają się sprowadzić do roli bezimiennych ofiar. Nawet jeśli historia potoczyła się dla nich tragicznie, sposób opowiedzenia sprawia, że przestają być numerem w archiwum. To duża wartość, jeżeli cenisz literaturę, która naprawdę przywraca głos.

Całość robi wrażenie bardzo świadomie zaprojektowanego tekstu z konkretnym celem. Autorka wyraźnie chce przywrócić pamięć o grupie kobiet wciśniętych w margines historii i powiedzieć ich imionami coś o współczesności. W tym sensie powieść potrafi podnieść na duchu, choć korzysta głównie z brutalnych obrazów. Nie daje łatwego ukojenia, ale pokazuje siłę wspólnoty w momencie, gdy wydaje się, że nie ma żadnych szans.

Jeśli lubisz książki łączące precyzyjne historyczne tło z bezlitosną szczerością i oczekujesz od lektury zadawania niewygodnych pytań o przemoc legitymizowaną przez państwo i Kościół, “Wiedźmy z Vardø” są lekturą wartą uwagi. Działają jak lodowaty wiatr prosto w twarz, nieprzyjemny, lecz dziwnie oczyszczający.

Wydawca: Wydawnictwo StoryLight
Data premiery książki: 15 lipca 2026


Spodobał Ci się wpis?
Mój blog otrzymuje się dzięki wsparciu czytelników. Będę wdzięczny, jeśli postawisz mi wirtualną kawę💚
Postaw mi kawę na buycoffee.to

Wypowiedz się

Your email address will not be published. Required fields are marked *

164
Postaw mi kawę na buycoffee.to
Napiwek = kod do Legimi i BookBeat dla Ciebie💚