
Legenda o Polybiusie krąży po internecie od lat: automat arcade miał stanąć na początku lat 80. w salonach gier jako element tajnego eksperymentu. Podobno uzależniał graczy i wywoływał u nich niepokojące objawy. Czy taka maszyna istniała, nikt nigdy nie rozstrzygnął. Collin Armstrong traktuje tę opowieść jak kabel zasilający i podłącza ją do bardzo brudnego, bardzo głośnego horroru.
Armstrong puszcza oko do graczy i wszystkich, którzy kiedyś siedzieli przed kineskopem o kilka godzin za długo. Potem zaczyna mrugać w sposób, przy którym lepiej odsunąć krzesło od monitora.
Automat stojący pod ścianą
Październik 1982 roku, Tasker Bay. Nadmorskie miasteczko w Kalifornii, w którym nikt nie szuka wielkich tajemnic. Działa tu salon Home Video World. Raczej podejrzany niż kultowy, obskurny, pachnący kurzem i rozgrzaną elektroniką. Armstrong opisuje go tak, że słyszysz kliknięcia przycisków i szum sprzętu pracującego bez przerwy.
W tym salonie pracuje Andi Winston. Ma smykałkę do elektroniki i grzebie przy maszynach. Z układami rozmawia chętniej niż z ludźmi. Zbiera pieniądze na powrót do Doliny Krzemowej i traktuje Tasker Bay jak przystanek, którego nie zamierza polubić. Los nie namaścił jej na łowczynię potworów. To dziewczyna, która zauważa usterkę w sprzęcie wcześniej, niż reszta miasta zrozumie, że problem wykracza poza zepsuty joystick.
Pewnego dnia staje w salonie nowy automat. Bez premiery i bez reklamy. Automat po prostu stanął w rogu, jakby ktoś wstawił go z innej rzeczywistości, bez słowa o tym, skąd się wziął. Ludzie ustawiają się w kolejce i wrzucają monetę za monetą, nie odrywając wzroku od ekranu. Szybko przestają przypominać samych siebie.
Retro bez cukrowej polewy
Armstrong wie, że nostalgia nie musi być miękka jak filtr z Instagrama. Lata 80. wyglądają tu inaczej niż w folderze reklamowym dla fanów syntezatorów i neonów. Owszem, ludzie fascynują się technologią, ale też jej nie ufają. Komputer nie jest jeszcze domowym meblem, a automat arcade przypomina mały ołtarz. Urządzenie, które obiecuje wejście do świata niedostępnego dorosłym.
I właśnie dlatego pomysł działa.
Dziś gramy na urządzeniach, które stale coś o nas wiedzą: liczą kliknięcia i minuty przed ekranem. W 1982 roku taka maszyna byłaby czystą magią albo technologicznym przekleństwem. Armstrong wyciska z tej różnicy sporo. Jego automat nie jest kolejnym nawiedzonym przedmiotem z magazynu, bo gra staje się ogniskiem społecznej infekcji i zmienia sposób, w jaki mieszkańcy patrzą na siebie nawzajem. Najgorsze rzeczy dzieją się nie na ekranie, tylko między ludźmi.
Tasker Bay pod napięciem
Gdy w miasteczku wybuchają awantury i rośnie paranoja, Armstrong nie zamyka opowieści w kadrze jednej postaci. Andi i Ro, syn miejscowego szeryfa, próbują zrozumieć, co ktoś uruchomił w Home Video World. Równolegle własne dochodzenia prowadzą matka Andi, lekarka, oraz ojciec Ro. Te ścieżki powoli się schodzą, choć samo Tasker Bay rozpada się coraz szybciej.
Tajemniczy automat to atrakcyjny punkt wyjścia i autor mógłby poprzestać na efektownych pikselach oraz rządowym projekcie kontroli umysłu. Idzie dalej. Bardziej od maszyny interesuje go miasto, w którym każdy podejrzewa każdego, oraz strach, który zmienia się w plotkę, a plotka w przemoc.
W tle nadciąga sztorm i odcina Tasker Bay od świata. Ten zabieg mógłby wyjść banalnie, ale Armstrong używa go oszczędnie. Miasto traci kontakt z resztą kraju dokładnie wtedy, gdy wpada w zbiorową gorączkę. Telefon do kogoś z zewnątrz niczego nie załatwi, skoro nie wiadomo już, komu ufać po drugiej stronie ulicy.
Gra jako wirus
Najbardziej podoba mi się to, że Armstrong nie robi z technologii wygodnego czarnego charakteru. Automat ma własną aurę grozy, ale nie zdejmuje z ludzi odpowiedzialności za to, co robią. Gra wydobywa istniejące pęknięcia i złość, a potem je wzmacnia, jakby ktoś przestawił przełącznik.
W rozmowach o książce autor wskazywał, że podczas pracy nad powieścią dostrzegł podobieństwo między “zarażaniem” przez grę a atmosferą pandemii: dezorientacją i rosnącą podejrzliwością wobec innych. Ten trop widać w fabule wyraźnie, choć nikt nie wbija go czytelnikowi młotkiem. Dzięki temu Polybius pozostaje horrorem z krwi i kości, a nie publicystyką przebraną za opowieść o automacie arcade.
Czytam tę książkę także jako powieść o tym, jak łatwo oddajemy uwagę urządzeniom. Wystarczy obietnica nowości albo doświadczenia, którego nie wolno przegapić. Jeszcze jedna moneta, jeszcze jedna próba i chwila przed ekranem robi się dłuższa, niż planowałeś. Znasz to uczucie, prawda?
Andi, Ro i ludzie z miasta
W horrorze łatwo obsadzić postacie, które istnieją wyłącznie po to, żeby wejść do ciemnego pokoju w najgorszym możliwym momencie. Armstrong ma dla swoich bohaterów więcej cierpliwości. Andi nie zdobywa sympatii przebojowością. Jest konkretna i techniczna, więc pasuje do świata kabli i zagadek ukrytych pod obudową automatu.
Ro wnosi inną energię. Nie stoi obok i nie wzdycha do Andi, ich relacja rozwija się w cieniu kryzysu, bez romantycznej dekoracji. Oboje mają pilniejsze sprawy niż spacery pod neonem, bo w mieście dzieje się coś, czego nie zatrzymują ani dorośli, ani zdrowy rozsądek.
Jest jeszcze Mal, właściciel salonu gier. Człowiek z własną wizją znaczenia i władzy, którego spotkanie z Polybiusem może sytuację tylko pogorszyć. Armstrong przyznawał, że przez Mala chciał nadać zagrożeniu ludzką twarz. Dobry ruch, bo najstraszniejszy element tej historii nie ma ekranu ani kabli. Nosi kurtkę i ma ambicje. Uważa, że wreszcie dostał swoją szansę.
Dla graczy i sceptyków
Jeżeli pamiętasz salony gier albo znasz je z filmów, starych czasopism i gier retro, Polybius wygrywa u ciebie już na starcie. Armstrong gra fascynacją epoką, w której gra nie była aktualizowaną usługą, tylko fizyczną maszyną zajmującą kawałek podłogi: ekran ze śladami dłoni poprzednich graczy i tajemnicę zamkniętą za szybą.
Żeby wejść w tę opowieść, nie musisz odróżniać Atari 2600 od Commodore 64. Dostajesz horror o epidemii chaosu i młodych ludziach na granicy dorosłości, w małym mieście wystawionym na próbę. Autor świadomie nawiązuje do historii dorastania podszytych grozą, między innymi do Stephena Kinga, a wcześniejszą pracę przy filmie i telewizji słychać w tempie i obrazowości scen.
Doceniam też sam wybór legendy. Polybius jest internetowym fantomem, który wraca w opowieściach o Portland i tajemniczych eksperymentach.
Czy warto wrzucić monetę i dać się wciągnąć grze?
Tak, zwłaszcza jeśli lubisz horrory z konkretnym miejscem i charakterystycznym rekwizytem. To debiut powieściowy Collina Armstronga, ale czyta się go jak książkę odnalezioną na półce dawnej wypożyczalni. Trochę pogniecioną, z wyrazistą i podejrzanie kuszącą okładką.
Sięgnij po nią, jeśli zamiast kolejnej historii o nawiedzonym domu chcesz wejść do salonu arcade po zamknięciu. Światła przygasają, za szybą automatu pulsuje geometryczny labirynt. Na panelu sterowania ktoś zostawił monetę. Naprawdę chcesz sprawdzić, co się stanie po naciśnięciu startu?
Wydawca: Wydawnictwo Insignis.
Data premiery książki: 23 września 2026.
Mój blog otrzymuje się dzięki wsparciu czytelników. Będę wdzięczny, jeśli postawisz mi wirtualną kawę💚
Pasjonat pozytywnego stylu życia. Prowadzę bloga od 2012 roku dzieląc się wiedzą i spostrzeżeniami. Ekspercko recenzuję rzeczy i miejsca warte uwagi, które zmieniają życie na lepsze. Poza blogowaniem napisałem kilka e-booków oraz publikacje w prasie drukowanej. Moje treści cytowane są przez duże media, w tym telewizję i portale.