
“Szalony samuraj Musashi” to ten moment w życiu kinomana, kiedy patrzysz w ekran, ekran patrzy w ciebie… i oboje zastanawiacie się, co tu się właśnie wyprawia. Cały film nakręcony jest w jednym ujęciu, a jedyną sceną jest walka tytułowego samuraja z 400 przeciwnikami. To bardzo dziwny film. Mówię to z pełną czułością dla wszelkiej filmowej pokręconej odpałki, jaka kiedykolwiek trafiła na moje oczy.
Szalony samuraj w jeszcze bardziej szalonym filmie
Pierwsze minuty “Szalonego samuraja Musashiego” wyglądają jak typowy wstęp do filmu o legendarnym wojowniku. Jest honor, jest zemsta, jest poczucie, że zaraz wydarzy się coś większego niż życie. A potem… kamera po prostu rusza za Musashim. On wyciąga miecz i zaczyna się coś, co można opisać mniej więcej tak:
To się naprawdę dzieje?
Serio? Dalej? Nadal?
Czujesz się trochę jak świadek jakiegoś szalonego filmowego zakładu, w którym ktoś powiedział:
Założę się, że nie nakręcicie całego filmu jako jednej, niekończącej się sceny walki.
No to nakręcili.
Im dalej w to wchodzisz, tym mocniej dociera do ciebie, że tu nie ma normalnego filmu. Żadnych klasycznych scen, żadnej spokojnej rozmowy przy herbacie, żadnego momentu, w którym bohater usiądzie i powie: “Ależ się dziś narąbałem mieczem”. Nie. Jest od punktu A do punktu B masz Musashiego i falę przeciwników do wycięcia. I to jest tak szczere w swoim szaleństwie, że gdzieś po drodze przestajesz się zastanawiać “dlaczego?”, a zaczynasz myśleć “jak oni do cholery to w ogóle zrobili?”.
Najlepsze jest to, że ten film wcale nie udaje czegoś, czym nie jest. On nie próbuje być filozoficzną przypowieścią o naturze przemocy (choć możesz sobie to tak interpretować, jeśli masz nastrój na ambitny wieczór). To bardziej wygląda jak rozciągnięta do granic możliwości sekwencja akcji, która uciekła z normalnego filmu, zgubiła montażystę po drodze i stwierdziła: “Dobra, to lecę sama”.
Cały film w jednym ujęciu. Kto na to wpadł?
Wyobraź sobie, że ktoś wpadł na pomysł:
Zróbmy film akcji, w którym kamera ani razu nie mrugnie.
Bez cięć, bez wytchnienia, bez “dobra, przerwa, od nowa”. I jeszcze dodajmy do tego, że jedyną sceną ma być walka gościa z mieczem z 400 typami. Brzmi jak opowieść z imprezy filmowców po trzeciej nad ranem. A jednak ktoś to wziął na poważnie i doprowadził do końca.
To jedno ujęcie ma w sobie coś hipnotycznego. Z jednej strony siedzisz i z tyłu głowy krzyczy ci zdrowy rozsądek: “To przecież musi być męczące, monotonne, ile można oglądać, jak ktoś kosi kolejnych przeciwników?”. A potem łapiesz się na tym, że właśnie na tym polega cały urok. Na tym absurdzie. Na tym, że oglądasz film, który nie ma zamiaru cię prowadzić za rękę, nie będzie ci podsuwał nowych wątków co pięć minut, tylko uparcie tłucze ten sam motyw, aż albo się poddasz, albo… zaczniesz się dziwnie wkręcać. I co zabawne, szkoda Ci zapauzować filmu w trakcie akcji i tak sobie czekasz aż do samego końca.
W tym wszystkim jest jeszcze jedna rzecz: fizyczność. Zwykle kino akcji sprytnie ukrywa zmęczenie aktora – cięcia, dublerzy, montaż. Tutaj kamera patrzy, ty patrzysz, a Musashi biega, macha mieczem, sapie, potyka się, czasem wygląda tak, jakby naprawdę miał dość. I właśnie wtedy to jedno ujęcie przestaje być tylko sztuczką formalną. Zaczynasz czuć, że to bardziej przypomina nagranie ekstremalnie intensywnego treningu niż klasyczny film. Trochę jakby ktoś wrzucił cię na plan i kazał patrzeć, co się stanie, jeśli nie damy aktorowi przerwy.
400 przeciwników i jedna katana. Maraton, nie sprint
Dobra, porozmawiajmy o słoniu w pokoju: 400 przeciwników. Jedna scena walki. Serio, 400. W normalnym filmie taki pomysł pewnie zostałby rozbity na trzy różne sekwencje: jedna w nocy, jedna w deszczu, jedna na klifie. Wiesz, klimat, dramaturgia, te sprawy. Tutaj nie ma takich luksusów. Kamera po prostu idzie za Musashim, kolejni przeciwnicy wpadają w jego zasięg, a on traktuje ich swoją kataną w tempie, które gdzieś pomiędzy piętnastą a pięćdziesiątą minutą zaczyna wyglądać jak jakiś szalony taniec.
Oczywiście, nie każdy z tych 400 ataków to dopieszczona choreograficzna perełka. W pewnym momencie zaczynasz widzieć powtarzalność: ktoś biegnie, dostaje cios, pada, następny proszę. Ale właśnie to sprawia, że film staje się czymś innym niż klasyczna naparzanka. Zaczyna przypominać wizualne odczucie fali, przez którą Musashi musi się przebić. Nie chodzi o to, by zapamiętać każdą potyczkę. Chodzi o wrażenie, że ten facet naprawdę mierzy się z czymś absurdalnie ponad ludzkie możliwości.
Nie da się też ukryć, że im dłużej trwa ta rzeźnia, tym bardziej zaczynasz kibicować nie tylko bohaterowi, ale i ekipie filmowej. Gdzieś w duszy pojawia się myśl:
Oby nikt się nie potknął o kabel, bo jak poleci kamera, to trzeba będzie to kręcić od nowa 🤣
Patrzysz na tych statystów, którzy po raz setny biegną z okrzykiem i dostają po głowie, i zaczynasz się zastanawiać, ile kawy wypito na planie. Ten film trudno zakwalifikować jako pokaz samurajskiej legendy. To raczej zapis czystego uporu twórców, którzy wymyślili sobie coś kompletnie szalonego i uparli się, że to zrobią.
To bardzo dziwny film… i właśnie dlatego trudno o nim zapomnieć
“To bardzo dziwny film” – takie zdanie chodziło mi po głowie przez cały seans i długo po napisach końcowych. Niby wiem, że tu tylko facet z mieczem biega i tnie kolejnych przeciwników, ale jednocześnie czuję, że takie kino nie zdarza się często. Większość filmów chce nam się podobać. Próbują być ładne, mądre, zabawne, wzruszające. “Szalony samuraj Musashi” sprawia wrażenie, jakby mu kompletnie nie zależało. Jakby mówił: “Ja tu jestem po to, żebyś przeżył coś trochę niewygodnego, trochę męczącego, trochę absurdalnego. Chcesz – wchodzisz. Nie chcesz – trudno”.
To jest ten typ seansu, po którym trudno powiedzieć znajomym: “Tak, polecam, świetna rozrywka na piątkowy wieczór z piwem i kanapkami”. To raczej film z kategorii: “Musisz to zobaczyć, bo nikt ci nie uwierzy, jak ci opowiem”. Trochę jak opowieść o tym, że ktoś przebiegł maraton po schodach w górę wieżowca. Brzmi idiotycznie, dopóki nie zobaczysz nagrania. Tutaj nagranie trwa ponad godzinę i jeszcze udaje pełnoprawny film.
I wiesz co? W tej całej dziwności jest coś niesamowicie odświeżającego. W czasach, kiedy większość produkcji wygląda jak skopiowana z tego samego szablonu, dostajesz coś tak radykalnie innego, że nawet jeśli ci się nie spodoba, to i tak będzie o czym gadać. Tak, jak przy komediowych horrorach klasy C. Możesz narzekać, możesz się zachwycać, możesz drwić, ale obojętnie się z tego już nie wyjdziesz. Ten film wchodzi pod skórę nie dlatego, że jest idealny, tylko dlatego, że jest bezczelnie konsekwentny w swoim szaleństwie.
Szalony samuraj Musashi. Recenzja filmu, która sprawiła mi problem z oceną
No dobra, czas na pytanie, które pewnie i tak masz już w głowie: To oglądać czy nie oglądać?. Jeśli kochasz kino akcji za perfekcyjne choreografie, efektowne ujęcia, dynamiczny montaż i finezyjną różnorodność scen – możesz się mocno zdziwić, a nawet zirytować. Tutaj nie ma widowiska w klasycznym sensie, jest raczej długie, wyczerpujące ognisko, którego nikt nie chce zgasić. Ale jeśli lubisz filmowe eksperymenty, takie “czy ja naprawdę powinienem to oglądać z takim zaangażowaniem?” – wtedy to pozycja obowiązkowa.
“Szalony samuraj Musashi” to seans, który najlepiej wchodzi, gdy nastawisz się na doświadczenie, a nie na ładny film. To trochę jak wsiąść do kolejki górskiej, która zamiast dwóch minut trwa godzinę i nikt cię o tym wcześniej nie uprzedził. Najpierw jest ekscytacja, potem zmęczenie, potem faza “co ja robię ze swoim życiem?”, a na końcu dziwna satysfakcja, że jednak dotrwałeś do końca. I dokładnie tak to działa. Jeśli dotrwasz, masz pełne prawo pochwalić się, że obejrzałeś coś, czego większość widzów nawet nie tknie.
Czy ten film jest dobry w klasycznym sensie? To trochę jak pytanie, czy sprint po schodach na trzydzieste piętro to dobry spacer. Niekoniecznie. Ale jest intensywny, wyjątkowy i zostawia po sobie konkretne wrażenie. Ja, jako pasjonat kinematografii, cieszę się, że ktoś w ogóle wpadł na pomysł, żeby coś takiego nakręcić. A jeśli czujesz, że twoje filmowe życie zrobiło się za wygodne i przewidywalne, włącz “Szalonego samuraja Musashiego” i przekonaj się na własne oczy, jak daleko można posunąć jedno proste zdanie:
Cały film nakręcony został w jednym ujęciu. Jedyną sceną w tym filmie jest walka tytułowego samuraja z 400 przeciwnikami. To bardzo dziwny film.
Mój blog otrzymuje się dzięki wsparciu czytelników. Będę wdzięczny, jeśli postawisz mi wirtualną kawę💚
Pasjonat pozytywnego stylu życia. Prowadzę bloga od 2012 roku dzieląc się wiedzą i spostrzeżeniami. Ekspercko recenzuję rzeczy i miejsca warte uwagi, które zmieniają życie na lepsze. Poza blogowaniem napisałem kilka e-booków oraz publikacje w prasie drukowanej. Moje treści cytowane są przez duże media, w tym telewizję i portale.