Trasa rowerowa z Ustronia na Kubalonkę do pobrania. Szwenduro #9

Trasa rowerowa Ustroń Kubalonka

Są dni, kiedy człowiek ma wrażenie, że wszystko gra. Pogoda dopisuje, ciało aż się rwie do ruchu, a głowa mówi: “dzisiaj zrób coś konkretnego”. No to zrobiłem.

Urlopowy poranek bez budzika, ale z wewnętrznym alarmem przygody. Rzut oka za okno: słońce wali od rana, temperatura obiecuje ponad trzydzieści stopni, a ja…wybieram się z Katowic do Ustronia, by trochę pojeździć na rowerze. Z kolegą. Ustroń Zdrój to nasz punkt startowy. Cel? Kubalonka. Kto zna ten podjazd, ten wie, że to nie przelewki.

Rowerem przez Wisłę. Beskid

Trasa rowerowa z Ustronia na Kubalonkę. Pobierz GPX z trasą

Pobierz trasę GPX

Z początku, trasą przez Wisłę, wszystko wygląda niewinnie. Ścieżka prowadzi spokojnie przez miasteczko, parę zakrętów, lekkie nachylenie. Pogadaliśmy, pośmialiśmy się, jeszcze bez zadyszki. Ale im dalej w las (dosłownie i w przenośni), tym bardziej zaczyna się walka. Stromizna robi się taka, że człowiek czuje każdy obrót korby w udach, jakby pedały chciały się cofnąć. A tu trzeba napierać.

Mapa na trasę rowerową z Ustronia na Kubalonkę

I wtedy zaczyna się gra psychiczna. Myśli walczą ze sobą:

Po co ci to?
Zejdź, poprowadź kawałek.
Przecież nikt nie patrzy, możesz się poddać.

Ale coś w środku się nie zgadza. No bo przecież nie po to tu przyjechałem, żeby się poddać. Zaciskam zęby, spuszczam głowę, patrzę tylko na kilkanaście centymetrów asfaltu przede mną. Liczę oddechy, nie metry. Każdy stromy zakręt to wygrany etap. I tak krok po kroku, obrót po obrocie, centymetr po centymetrze do przodu.

Tama w Wiśle

Tama w Wiśle.

Hardcore na finiszu

Na ostatnim kilometrze jakby ktoś się uwziął, a finisz to nie asfalt, tylko kamienie. Mnóstwo kamieni. Tych większych i tych drobniejszych, które złośliwie przesuwają się pod tobą. Ale wiem jedno: już za chwilę będzie koniec. Wyszarpuję te ostatnie metry siłą woli. Ciało już dawno się zbuntowało, ale głowa wie, że jeszcze tylko trochę.

I nagle… jest. Kubalonka zaliczona. Bez fanfar, bez wiwatów, ale z tym cichym, osobistym triumfem. To uczucie, gdy pijesz całą butelkę napoju izotonicznego na raz i po prostu stoisz. Na górze. Patrzysz wokół i widzisz coś więcej niż tylko widok. Góry są jakby bliżej. Cisza osiada na ramionach jak lekki koc. Powietrze pachnie żywicą i chłodem. Innym niż ten, który daje klimatyzacja. To taki rodzaj chłodu, który nie wychładza ciała, tylko koi myśli. Przestajesz mówić. Patrzysz. I czujesz, że było warto. Że każda kropla potu, każde przekleństwo pod nosem, każdy moment zwątpienia był potrzebny, żeby właśnie to teraz poczuć.

Chwilę później siadamy z kolegą na trawie. W milczeniu. Każdy w swoim świecie. Jedna butelka wody, dwaj zmęczeni podróżnicy, ale głowy jakby lżejsze. Taki moment, w którym nie potrzeba rozmowy. Wszystko zostało powiedziane nogami.

Kubalonka rowerem

Kubalonka rowerem. Stromy podjazd.

Potem przychodzi czas na deser. Stromy, ostry zjazd

Czas wracać. Ta sama droga, ale zupełnie inna historia. Tam, gdzie wcześniej walczyliśmy o każdy metr, teraz pędzimy. Grawitacja robi robotę, a my dajemy się jej ponieść. Kierownica drży w dłoniach, kamienie już nie przeszkadzają. Jest luz. Wicher bije w twarz, oczy łzawią, uśmiech sam się maluje. W tej chwili nie ma niczego poza tą prędkością. Nie ma pracy, rachunków, wiadomości, planów. Jest tylko ten pęd. Czysta, nieoszlifowana radość z jazdy. Jak za dzieciaka.

I przypomina mi się, dlaczego tak kocham rower. Bo jest uczciwy. Daje tyle, ile włożysz. I zwraca to w chwilach, których nie da się kupić ani zaplanować. Zjazd po takiej trasie to jak katharsis. Lecisz w dół, a wszystko, co cię przygniatało, zostaje na górze.

Na dole znów Ustroń. Znów cywilizacja. Ale ja już jestem inny niż rano. Nie tylko bardziej opalony, nie tylko bardziej spocony. Jestem bardziej obecny. Jakbym wrócił z jakiejś wewnętrznej drogi, choć w rzeczywistości byłem przecież cały czas na rowerze.

Szczyt Kubalonka

Szczyt Kubalonka. W tym miejscu trzeba już zejść z roweru.

Wycieczka rowerowa w Beskidzie w czasie upału

Ta wycieczka to nie był wyczyn. Nie startowaliśmy w zawodach. Nie było medali, czasówek ani lajków. Była walka z górą, z 31-stopniowym upałem, z własnym „nie chce mi się”. I był ten jeden moment tam na Kubalonce, kiedy wszystko milknie. Dla takich chwil warto się ruszyć. Warto czasem podjąć szalony plan i sprawdzić, czy masz w sobie więcej, niż ci się wydaje.

Kiedy następnym razem usłyszę wewnętrzne „zostań w domu, za gorąco, za stromo, za daleko”, przypomnę sobie ten dzień. I ruszę. Bo gdzieś tam czeka następna góra.

Widok gór z Kubalonki

Widok gór z Kubalonki.

Film z całej trasy


Spodobał Ci się wpis?
Mój blog otrzymuje się dzięki wsparciu czytelników. Będę wdzięczny, jeśli postawisz mi wirtualną kawę💚
Postaw mi kawę na buycoffee.to

Wypowiedz się

Your email address will not be published. Required fields are marked *

636
Postaw mi kawę na buycoffee.to
Napiwek = kod: 30 dni Legimi, 45 dni BookBeat 💚