Nigdy nie sądziłem, że będę się jarał muzyką Margaret. Recenzja EP-ki “BODY”

Recenzja EP Margaret - BODY

EP-kę “BODY” słucham jak krótkiego, ale bardzo konkretnego komunikatu: Margaret nie pyta już, czy może wejść na parkiet. Ona już tam jest, spocona, uśmiechnięta i absolutnie pewna, gdzie ma stać didżej.

Kontekst i pierwszy odsłuch

Zamiast “dużej płyty” na niedzielne rozkminy dostajemy pięć utworów z energią skondensowaną jak espresso. BODY otwiera większy plan na większy album. Wraz z planowanymi “VOICE” i “MIND”, stanowi 1/3 zapowiadanego albumu “TRIPOLAR”. Na starcie wybrzmiewa pierwszy rozdział: ciało, parkiet, puls, bez grzecznościowych wstępów.

Muzyka Margaret to nie mój typowy gust. Dlaczego więc o tym piszę? Bo parę kawałków z tej EP-ki naprawdę mnie wgniotło w fotel. Nigdy nie spodziewałem się, że będę tańczył przy muzyce, którą wykonuje Margaret. Szczególnie spodobał mi się utwór “jetlag” z bardzo mocnym i bezkompromisowym bitem. Stara miłość stylu rave sprzed ćwierć wieku nie umarła we mnie.

Utwór nr 1: let you talk about it – uśmiech i “róbcie screeny”

Start od “let you talk about it” przypomina wyjście na scenę z lekkim wzruszeniem ramion: mówcie sobie, co chcecie, ja i tak zatańczę swoje. Ten numer jest krótki, pulsujący, jakby z premedytacją napisany do zapętlenia, ale wolny od nerwowego “muszę być hitem sezonu”. W twoich uszach on raczej mruga, niż krzyczy, a pewność siebie staje się tu ważniejsza od jakiegokolwiek fajerwerku w produkcji.​

Utwór nr 2: zatańczmy ostatni raz – taniec zamiast rozmowy

“zatańczmy ostatni raz” odpala moment, w którym związek dawno jest po terminie przydatności, ale jeszcze raz pozwalasz sobie na świadomy kicz emocji na parkiecie. Margaret trzyma się klubowego bicia, tylko tempo serca nagle słychać trochę wyraźniej między werblami. Ten utwór bardziej przypomina spontaniczną decyzję: dobra, jeszcze dziś zatańczę z tobą, a jutro już cię nie ma, niż precyzyjnie rozpisaną opowieść.

Utwór nr 3: komu czemu – wreszcie swój grunt

“komu czemu” to ten numer, przy którym jako słuchacz mam wrażenie, że Margaret wreszcie staje w miejscu, które naprawdę jest jej. Zostaje rytm, wygodna fraza, polski język, który brzmi naturalnie, bez wrażenia doklejonego dodatku. Jeżeli miałbym wskazać utwór, w którym ona przestaje gonić za cudzym wyobrażeniem “jak powinna brzmieć Margaret”, wskazuję właśnie ten – nienachalny, a wyjątkowo pewny siebie.

Utwór nr 4: plot twist – drobne pęknięcia w lakierze

“plot twist” działa jak mały hak w środku EP: niby dalej klubowo, dalej tanecznie, ale coś zaczyna się delikatnie przesuwać pod powierzchnią. W tej piosence najbardziej lubię figlarną zabawę konwencją: można mieć refren, który wwierca się w głowę, a jednocześnie puścić oko do słuchacza, że to wszystko jest trochę przewrotne. Tu najmocniej słychać EDM-owy sznyt wymieszany z popem, lecz bez plastikowego posmaku fast foodu.

Utwór nr 5: jetlag ft. Kizo – ruch, którego “nikt nie zamawiał”, ale działa

“jetlag” z Kizo przynosi moment, w którym w klubie nagle wchodzi gość z zupełnie innego stolika, a ty łapiesz się na tym, że zamiast przewracać oczami, po prostu podkręcasz głośność. Ten kawałek ma w sobie bezczelność radiowego bangera i dziwnie uczciwą radość z bycia lekkim. Bit, rapowa zwrotka, refren, który nadaje się i na imprezę, i na bieg do tramwaju. Jeśli BODY ma swój najbardziej oczywisty “hitowy” punkt, znajduje się właśnie tu, w mieszance EDM-owego łupania z rapowym wejściem.

EDM, ciało i to, czego tu brak

W BODY najbardziej fascynuje mnie brak kompleksów. Nie pojawia się tu potrzeba tłumaczenia, że taneczny numer też może być mądry. Znika nerwowe szukanie powagi, a twardy, elektroniczny bit funkcjonuje bez łatki gorszej półki. Ciało staje się pełnoprawnym bohaterem. Nie ozdobą, nie narzędziem marketingu, tylko bytem z prawem do przyjemności, ruchu, wyzwolenia z głupich komentarzy i oczekiwań.

Ta EP wchodzi w twoje słuchawki z bardzo prostym pytaniem:

Czy pozwolisz sobie poczuć tę muzykę,
zanim zaczniesz ją oceniać?

I właśnie dlatego tak dobrze opisuje się ją z perspektywy wieloletniego recenzenta muzycznego. Pamiętam wszystkie internetowe łatki “produkt”, “radiowa ciekawostka”, “ona przecież nie śpiewa na serio”, a tutaj dostaję materiał, który zamiast dyskutować z hejtem, po prostu idzie tańczyć dalej.

Czy EP-ka BODY jest wystarczająca?

Pięć utworów, każdy około dwóch minut, i koniec. Kiedy EP się wyłącza, odruchowo sięgam po przycisk “repeat”, ale nie po to, żeby coś zrozumieć, tylko żeby jeszcze raz poczuć tę bezczelną lekkość. BODY co prawda nie przewraca historii polskiego popu do góry nogami, ale aspiruje do czegoś innego: do luksusu bycia sobą, bez tłumaczeń, bez alibi, z ciałem, które wreszcie nie musi przepraszać, że lubi tańczyć.


Spodobał Ci się wpis?
Mój blog otrzymuje się dzięki wsparciu czytelników. Będę wdzięczny, jeśli postawisz mi wirtualną kawę💚
Postaw mi kawę na buycoffee.to

Wypowiedz się

Your email address will not be published. Required fields are marked *

213
Postaw mi kawę na buycoffee.to
Napiwek = kod do Legimi i BookBeat dla Ciebie💚