
Cisza. Zakładam słuchawki, a w powietrzu unosi się napięcie. Czy ten album mnie jeszcze czymś zaskoczy? Armin van Buuren już na starcie rzuca wyzwanie. Dźwięki z “Let It Be For Love” okazują się zaproszeniem. Bez nadęcia, po prostu wejdź i zobacz, co tym razem urodziło się w głowie tego Holendra.
Armin van Buuren i mujzyczni goście. Błysk i zupełnie nowe kolory
Na płycie poziom energii skacze jak piłeczka prosto w środek imprezy. Pojawia się też Bon Jovi. Trudno uwierzyć, że taki duet jeszcze nie zdarzył się wcześniej. Rockowy pazur podany na elektronicznej tacy zaskakuje, aż łapię się na tym, że podgłaśniam, żeby nie uronić detali. Gdzie indziej czeka Moby. Te jego delikatne nuty przypominają pierwszą poranną kawę. Niby cisza, a zarazem tyle w tym świata.
Liczba gości, których Armin van Buuren zaprosił do powstania płyty “Breathe” staje się pretekstem do krótkiego zatrzymania i pytania: co on tu wyprawia? Każdy numer krąży wokół innych pomysłów, czasem romansuje z klubową euforią, za chwilę skręca w stronę intymnych, prostych melodii, które dobrze brzmią nawet w samotnym pokoju.
Zaskoczenia za winklem
Słychać, że producentowi zależało na zwykłej przyjemności ze słuchania. Nie każda piosenka wpada w ucho od razu, część wymaga chwili ciszy i kilku powrotów. Haj pojawia się niespodziewanie. Urywam się do “Dragon”, gdzie puls bije trochę szybciej, sprawdzam czy noga sama zaczyna tupać. Najczęściej właśnie tak się dzieje. Bez filozofii. Po prostu jest energia i radość.
Głos chowający się pod skórą
Nie wszystko sprowadza się do rytmu. Są momenty, gdy wokal łapie za gardło. Żaden nienaturalny patos. Bardziej łagodność, która nagle staje się bliska, przyszpila myśli. Bez fanfar i przesady. Po prostu czyjaś emocja w słuchawce.
Chwile na dźwiękowe przerwy
Podoba mi się, że mogę zatrzymać się w połowie i nie czuję przymusu, żeby lecieć dalej na autopilocie. Zostawiam sobie na deser te mniej oczywiste, melodyjne fragmenty. To są takie krótkie spotkania. Kawałek wygrywa w tle, a od nagłego skoku bitu człowiek przypomina sobie, że chciał jeszcze raz wrócić do początku.
Liczy się szczegół. Detale w każdym utworze
Słucham i nabieram szacunku do detali. Lekko przesterowana synteza, czasem chórki, czasem refren, który nagle wszystko wywraca. Album nie podaje się na tacy. Trzeba się wsłuchać. Przy kilku przesłuchaniach odkrywam dźwięki, których wcześniej nie było. Czasem nawet cały fragment nagle zyskuje nowy sens.
W albumie “Breathe” doceńmy oddech
Muzyka wykracza poza tło codziennych spraw. Przy “Breathe” świat nabiera innego rytmu, zwalnia, jakby nagle wpuścił do siebie trochę ciszy i przestrzeni. Pojawiają się momenty, gdy oddech staje się wyczuwalny, a tempo oddychania i uderzeń serca zdaje się synchronizować z pulsującymi dźwiękami. W takich chwilach łatwo poczuć, że album nie dotyczy jedynie klubowego parkietu, lecz zagląda głębiej. Do przestrzeni, gdzie muzyka staje się rozmową z własnymi emocjami.
Twój ruch
Ciekaw jestem, który z utworów przyciągnął Ci uwagę. Zaskoczył, bądź wytrącił z równowagi. Przesłuchanie tego albumu zawsze zostawia ślad. Czasem to zwykła melodia, czasem całkiem nowy nastrój.
Mój blog otrzymuje się dzięki wsparciu czytelników. Będę wdzięczny, jeśli postawisz mi wirtualną kawę💚
Pasjonat pozytywnego stylu życia. Prowadzę bloga od 2012 roku dzieląc się wiedzą i spostrzeżeniami. Ekspercko recenzuję rzeczy i miejsca warte uwagi, które zmieniają życie na lepsze. Poza blogowaniem napisałem kilka e-booków oraz publikacje w prasie drukowanej. Moje treści cytowane są przez duże media, w tym telewizję i portale.
Słuchałem „Breathe” w drodze z pracy i miałem bardzo podobne odczucia – niby elektronika, ale z jakimś nieoczywistym spokojem w tle. Fajne, że autor nie próbuje na siłę wszystkiego analizować, tylko po prostu dzieli się tym, co poczuł. Dla mnie największym zaskoczeniem był numer z Bon Jovi – nie spodziewałem się, że to się da sensownie połączyć, a tu proszę. No i faktycznie, „Dragon” też mi wskoczył od razu. Cała płyta ma ten dziwny balans – niby imprezowo, ale z przestrzenią na oddech. Dobry tekst – dzięki.