Hej hej! Obserwuj mnie na Instagramie: marcinkaminski_pl

Nocna, premierowa recenzja filmu “Diuna”

Film Diuna recenzja

Przyznam na wstępie, że nie czytałem książki “Diuna” napisanej przez Franka Herberta, ale planuję to nadrobić w najszybszym możliwym terminie. Grałem natomiast w grę na Amidze pod tym samym tytułem. Gra wciągnęła mnie na dobre i do dziś, jako stary Amigowiec z zamiłowania, od czasu do czasu sobie ją odpalę. To właśnie gra sprawiła, że tak entuzjastycznie zareagowałem na fakt pojawienia się filmu w kinach.

“Diuna” jest jedną z uznanych za najlepszą z powieści science-fiction na świecie. Frank Herbert napisał sześć części tej sagi, a po jego śmierci zostały dopisane kolejne tomy. Ogromna popularność “Diuny” sprawiła, że tylko kwestią czasu było zekranizowanie jej. Pierwsza część została wydana w 1965 roku, co jak na gatunek sci-fi i odległe lata XX wieku, nie miała w sobie równych. Dziwi fakt, iż polska wersja “Diuny” została wydana dopiero w 1985 roku. Jedno pokolenie polskich czytelników musiało wtedy obejść się smakiem.

Podobnie jak na premierę “Nie czas umierać”, wybrałem się na premierowy seans minutę po północy (no dobra, premiera Bonda zaczęła się o 0:07, ale nie szarpmy się o te sześć minut). To pierwszy możliwie najwcześniejszy termin premiery filmu. Recenzję piszę zaraz po przyjściu z kina, więc nietrudno się domyślić, która obecnie jest godzina nad ranem, gdy siedzę nad tym tekstem.

Diuna scena walki

Zarys świata Diuny

Akcja dzieje się w 10191 roku. To niewyobrażalnie odległe czasy, gdzie nic już nie jest takie, jak teraz.

Sztuczna inteligencja przestała istnieć. Została celowo zniszczona, a jej próby przywrócenia są surowo karane. Nie ma też obcych cywilizacji, kosmitów. Są tylko sąsiadujące ze sobą planety zamieszkiwane przez ludzi o różnych rasach. W takim razie po co nam wątek futurystyczny? Ano właśnie po to, aby pokazać jak bardzo świat uległ zmianom na tyle poważnym, że wszystko, co pamiętamy z XXI wieku nie istnieje. W czasach Diuny liczy się tylko człowiek i nie ma wyższych praw nad prawem ludzi. Ludzie przyszłości rozwijają swój umysł i ciało w sposób znacznie przekraczający pierwotną postać człowieka. Stają się nadludźmi.

Spośród całego społeczeństwa istnieje kobiecy zakon z ponadprzeciętnymi zdolnościami kontroli każdej, nawet najmniejszej części swojego ciała, a przede wszystkim wszechpotężnego umysłu.

W przyszłości nie istnieją państwa. Są tylko rody, na których czele stoi bogaty imperator zarządzający ludźmi. Rody te mogą wejść w posiadanie władzy nad wieloma planetami, a najważniejszą z nich jest Arrakis, zwana także Diuną, która mimo pustynnego charakteru posiada złoża najcenniejszej na świecie przyprawy niezbędnej do dalszego rozwoju gatunku. Co w tej przyprawie jest takiego niezwykłego? To, że po jej spożyciu człowiek osiąga zdolności jeszcze większe, niż do tej pory posiadał. Może między innymi podróżować po wszechświecie używając swojego mózgu, a także zaginać czasoprzestrzeń, aby ułatwić przemieszczanie się między odległymi planetami. O ten właśnie przeraźliwie drogi surowiec walczy każda rasa.

Planeta Arrakis jest zamieszkiwana przez zacofanych Fremenów, którzy są aspołeczną, nieprzyjazną nikomu rasą ludzi. Nie jest przez nikogo zarządzana, więc imperator wysyła tam członka jednego z bliskich rodów, aby objąć władzę nad wydobyciem cennego złoża. Warunki do wydobycia są bardzo trudne, ale wartość przyprawy jest na tyle wysoka, że wysłannicy są skłonni do największego poświęcenia. Wydobyciu nie ułatwiają zamieszkujące tam gigantyczne robaki-czerwie, które atakują przybyszy.

Recenzja filmu “Diuna”

To nie pierwsza ekranizacja powieści “Diuna”. Poprzednie dwie ekranizacje przeszły bez większego echa. Dopiero trzecia wersja, którą nakręcił Denis Villeneuve w 2021 roku, odbiła się szerokim echem na świecie. Denis Villeneuve znany jest między innymi z produkcji filmu “Blade Runner 2049”, co już świadczy o wysokim poziomie technicznym i wizualnym filmu.

Na uwagę zasługuje taki szczegół, jak pięknie świecące niebieskie oczy Fremenów – tubylców zamieszkujących Arrakis. Jest to efektem częstego spożywania tej cudownej przyprawy, w którą obfita była pustynia. Cudowne uczucie było zobaczyć na dużym ekranie piękne, błękitne oczy postaci, którą odgrywa Zendaya. Sami zobaczcie:

Diuna niebieskie oczy

 

Krajobraz planety Arrakis jest do granic możliwości ponury i zarazem budzący strach potęgą zagrożeń, jakie czyhają na przyjezdnych. Potęga surowości tego globu podkreśla to, jak bardzo trzeba być zdeterminowanym, aby przylecieć na tę planetę tylko w jednym celu: przyprawa. Nieważne jakim kosztem. Reżyser doskonale zobrazował powagę zagrożeń na Arrakis, a tym samym wgniata w fotel przy każdej próbie podjęcia ryzykownej akcji.

Walory wizualne filmu

Muszę pochwalić fantastycznie dopasowaną kolorystykę, podkreślającą charakter konkretnych scen. Ma być mrocznie przy spotkaniu z imperatorem? Wchodzi groźna szarość i czerń, od której ciężko się uwolnić. Wychodzimy w daleką podróż na pustynię? Ekran obejmuje przepotężny krajobraz pustkowia i kurzu. Denis Villeneuve po raz kolejny udowadnia, że odpowiednia geometria kadrów i gra świateł i barw zwiększa wrażenia wizualne widza. Dokładnie tak samo, jak dane nam było zobaczyć na “Blade Runner 2049”. Film ten ogląda się nie tylko oczami, ale i sercem, a to za sprawą właśnie wizualnych doznań. Podoba mi się mocne oddalenie kadrów od pierwszego planu tylko po to, aby ukazać monumentalnosć obiektów.

Diuna - czerwie na pustyni

Muzyka w “Diunie” stanowi tylko tło

Jeśli chodzi o muzykę, to czy nie wystarczy powiedzieć, że komponował ją Hans Zimmer? To legenda sama w sobie. Człowiek, który z muzyki filmowej tworzy własną, osobną opowieść przekazywaną przez uszy. Ogromna pustynia, dramaty na niej się wydarzajace i ta muzyka Hansa Zimmera. To chwyta widza. Mimo to czegoś tu brakuje. Fabuła i akcja “zaślepiają” możliwość przeżywania muzyki. Obraz filmu jest na tyle zachwycający, że odwraca uwagę od walorów dźwiękowych. To niczym nie ujmuje mistrzowi muzyki filmowej – Hansowi Zimmerowi. Tu ciężko jest dorównać dźwiękiem do tak wspaniałej historii.

Na ile wierne jest trzymanie się scenariusza z fabułą książki?

Tego nie wiem. Dlatego postanowiłem to sprawdzić w najbliższym czasie. Lektura “Diuny” nie należy do krótkich. Prawie 700 stron książki do przeczytania czeka na mnie. A skoro film zespojlował mi fabułę powieści, zakładam, że ksiażkę przeczytam jednym tchem.

Na koniec ciekawostka o filmie “Diuna” z 1984 roku

David Lynch – reżyser, który nakręcił poprzednią wersję “Diuny” specjalnie zrezygnował z funkcji reżyserowania szóstej części “Gwiezdnych Wojen – Powrót Jedi” na rzecz nakręcenia filmu “Diuna”. Tamtą wersję filmu również widziałem i uważam, że “Diunę” z 1984 a tą z 2021 roku dzieli przepaść. Technologia robi swoje.


Mały kotekSpodobał Ci się wpis pt.:
Nocna, premierowa recenzja filmu “Diuna”?
Za każdym razem kiedy zapominasz dać lajka pod wpisem, gdzieś na świecie ginie mały kotek :)

Wypowiedz się

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Tu wpisz, czym wartościowym chciałbyś się podzielić na temat tego wpisu.
Każdy komentarz jest kierowany do kolejki do moderacji. Wszelkie próby spamu, szerzenie szkodliwych poglądów, obrażanie ludzi lub wchodzenie butami ze słomą są automatycznie odrzucane.

320