To pięć godzin, które nie chcą być tłem.
Kilka słów, zanim wciśniesz play
Gdy zobaczyłem czas trwania ORIGIN – Shaped By Time, aż się roześmiałem. Pięć godzin. Serio. To już nie album, a osobny stan skupienia. Od razu wiedziałem, że nie da się go machnąć jednym uchem, między mailami a kolejną kawą. To jest materiał, który albo wchodzi w krew, albo kompletnie cię odrzuci. I to jest w nim piękne.
Solar Fields od lat miesza ambient, elektronikę, klimat progresywny i tę swoją charakterystyczną, trochę kosmiczną wrażliwość. Tutaj robi to inaczej. Bardziej jak archiwista własnego mózgu niż producent szukający singla.
Co tu właściwie słyszę?
ORIGIN – Shaped By Time to zebrane, rozciągnięte w czasie szkice i pomysły z różnych lat, posklejane tak, by oddać to, jak Solar Fields dojrzewał i kombinował w studiu. Zamiast jednego zwartego konceptu dostajesz wachlarz stanów, impulsów, chwil, zapisanych na twardych dyskach, a teraz wylanych na ciebie bez modyfikacji.
Najbardziej uderza to, jak różnie potrafi tu pracować czas. Masz momenty, w których sekundy ciągną się jak guma, z długimi ambientowymi płaszczyznami, które tylko minimalnie się przesuwają, jakby ktoś delikatnie popychał chmury. Są też fragmenty o bardziej pulsującym, trance’owym zacięciu, które przypominają, że ten gość potrafi zrobić też pełnoprawny, energetyczny trip, a nie same rozmyte, kontemplacyjne pejzaże.
To, co lubię najbardziej, to jego sposób budowania napięcia. Nie ma tu tanich dropów, nie ma też oczywistych kulminacji. Raczej powolne podnoszenie powieki. Drobne motywy melodyczne pojawiają się niepozornie, jakby od niechcenia, a po kilku minutach orientujesz się, że to właśnie one trzymają cię przy głośnikach.
Słuchanie na raty, nie na raz
Powiedzmy to uczciwie. Pięć godzin to jest potwór. Nie będę udawał, że siadam do tego zawsze od początku do końca, jak do filmu w kinie. Ten album działa jak katalog nastrojów, do którego wracam według własnego zegara. Czasem wystarczy jedna, dwie dłuższe kompozycje i czuję się jak po długim spacerze w głowie, ale bez wyjścia z domu.
To jest muzyka, która świetnie znosi powroty do konkretnych fragmentów. Raz ciągnie mnie do rzeczy bardziej gęstych, z mocniej zaznaczonym rytmem. Innym razem odpalam partie, które są prawie nieruchome, bardziej tchnienie niż utwór. Wtedy nagle okazuje się, że pięć minut piania jakiegoś syntezatora robi dla głowy więcej niż pół godziny scrollowania czegokolwiek.
Najbardziej doceniam to, że “ORIGIN – Shaped By Time” nie stara się być albumem idealnym na cokolwiek. Nie sprzedaje się jako materiał do pracy, relaksu, medytacji, koncentracji czy snu. On sobie po prostu jest. Ty decydujesz, w jakiej roli go obsadzisz.
Solar Fields jako archeolog własnych pomysłów
Cała seria Origin to grzebanie w archiwach, wyciąganie niedokończonych szkiców, pomysłów sprzed lat, i doprowadzanie ich do formy, którą można spokojnie postawić obok nowszych rzeczy. W Shaped By Time słychać to szczególnie. Jest w tym jakaś czułość do samego siebie sprzed lat. Zero wstydu za stare brzmienie. Raczej chęć dopisania puenty do dawno otwartego zdania.
Podoba mi się idea, że każdy utwór jest jak migawka z konkretnego czasu, ale przefiltrowana przez dzisiejszą świadomość autora. Na pewno nie jest to kompilacja typu “rarytasy z B-sides”. Bardziej coś w rodzaju dialogu teraźniejszego Solar Fields z jego wcześniejszymi wersjami. Zamiast kasować przeszłość, wybiera z niej to, co wciąż drży i domaga się dokończenia.
To czuć w detalach. W tym, że stare szkice nie są wygładzone na siłę pod jeden współczesny szablon. Każdy zachowuje swój charakter, ale jednocześnie masz poczucie, że ktoś mądrze je dopieścił, poprawił proporcje, dodał oddechu tam, gdzie kiedyś było go za mało, albo odjął zbędne warstwy.
Czy album “ORIGIN Shaped By Time” da się lubić?
Jeśli szukasz krótkich, natychmiast wciągających utworów, które po pierwszym przesłuchaniu nucisz pod nosem, możesz się tu zgubić. Solar Fields nie pisze refrenów do podśpiewywania. On rzeźbi w czasie. Jeżeli jednak lubisz, kiedy muzyka raczej otwiera horyzont niż ją wypełnia, “ORIGIN – Shaped By Time” ma szansę zostać twoim stałym towarzyszem.
Wrzucasz jedną dłuższą kompozycję w słuchawki i nagle okazuje się, że świat obok nadal istnieje, ale jakby traci trochę kontrastu. Zostaje to, co masz w środku i to, co płynie z głośników.
Ja po kilku odsłuchach łapię się na tym, że nie sprawdzam już czasu trwania. Ten pięciogodzinny kolos przestaje być liczbą na ekranie. Staje się czymś, do czego wracam odruchowo, kiedy potrzebuję czegoś więcej niż ładnej muzyczki. I chętnie się dowiem, czy u ciebie zadziała podobnie.
Mój blog otrzymuje się dzięki wsparciu czytelników. Będę wdzięczny, jeśli postawisz mi wirtualną kawę💚
Pasjonat pozytywnego stylu życia. Prowadzę bloga od 2012 roku dzieląc się wiedzą i spostrzeżeniami. Ekspercko recenzuję rzeczy i miejsca warte uwagi, które zmieniają życie na lepsze. Poza blogowaniem napisałem kilka e-booków oraz publikacje w prasie drukowanej. Moje treści cytowane są przez duże media, w tym telewizję i portale.
